Kiedy miłość przyjmuje nieoczywisty kształt
28.06.2025 | Aneta Stryjewska, Coach Transformacyjny

W moim gabinecie, w przestrzeni ustawień systemowych, spotykam się z historiami kobiet, które niosą w sobie ciężary swoich decyzji, często pozornie niezrozumiałe dla otoczenia – decyzje, które kiedyś podjęły z głębi serca, choć świat mógł je postrzegać dokładnie odwrotnie.
Tak było również podczas sesji jednej z moich klientek – Magdy. To historia kobiety, która – wiele lat wcześniej – oddała swoje dziecko do adopcji.
„Oddałam cię, bo nie miałam siły. Byłam ubezwłasnowolniona przez matkę. Nie chciałam takiego życia dla Ciebie” – powiedziała ze łzami w oczach podczas procesu.
W ustawieniu zobaczyłyśmy wyraźnie, że jej decyzja nie wynikała z braku miłości, lecz z jej ogromu. To był akt ostatecznego przerwania międzypokoleniowego łańcucha kobiecego bólu, zależności i wewnętrznego zniewolenia.
Rodowe uwikłania – córka dla matki
W systemie rodzinnym klientki pojawiał się wzorzec – córek – żyjących dla swoich matek. Córki, które rezygnowały z siebie, z relacji, z partnerstwa, z radości – po to, by „opiekować się” matką, być na jej zawołanie. Nie z miłości, ale z głębokiego lęku, posłuszeństwa i lojalności.
To nie jest prawdziwa miłość – to jest uwikłanie.
Kiedy w systemie kobiety nie wiedzą, jak dawać sobie wzajemnie wsparcie, troskę i szacunek, miłość zostaje zastąpiona zależnością i wykorzystaniem. To są kobiety podświadomie głodne miłości, gdyż nie wiedzą, czym jest prawdziwe, karmiące uczucie matki do córki.
W rodzie Magdy większość kobiet – matka, ciotki, babka, kuzynki – żyły w tej samej dynamice. Każda służyła matce, każda była pozbawiona satysfakcjonującej relacji partnerskiej lub była samotna, każda nosiła w sobie żal i niespełnienie. Córki pełniły rolę pomocnic, powiernic, emocjonalnych opiekunek, służących i zależnych.
Oddanie – jako wyraz miłości
Magda, będąc młodą kobietą, zaszła w ciążę. “Panna z dzieckiem” kilkadziesiąt lat temu to był wstyd i hańba dla rodziny. Dlatego też postanowiła urodzić dziecko z dala od domu i oddać je do adopcji. Sama zaś – z głębokiej nieświadomej lojalności wobec matki – została przy niej. Nie miała w sobie jeszcze siły, by wybrać siebie. Ale miała w sobie serce – wystarczająco wielkie, by nie zapętlać tej historii dalej.
Nie chciała, by jej córka, była kolejną zniewoloną kobietą w rodzie.
Nie chciała, by była „córką panny”, „z nieprawego łoża”, wytykaną, z łatką tej gorszej.
Oddała ją do dobrej rodziny. I choć sama zapłaciła za to ogromną cenę bólu, wstydu, tęsknoty i poczucia winy oraz stłamszonej miłości, której nie mogła okazać – to właśnie ta decyzja była momentem przerwania rodowego wzorca.
Podczas sesji, kiedy Magda spotkała się ze wszystkimi tłumionymi przez lata uczuciami – żalem, bólem, napięciem w ciele, ściskiem w żołądku – nagle coś puściło.
Ciało odetchnęło.
Głowa przestała pulsować.
W sercu pojawiła się ulga.
Skąd ta zmiana, tak bardzo fizyczna?
W ustawieniu padły słowa prawdy:
“Czasem największym wyrazem miłości jest oddać swoje dziecko.”
Nie z wyrachowania i braku uczuć, ale z gorącej i czystej miłości.
Dzięki temu doświadczeniu, Magda – kiedy po latach przyszły kolejne trudności – nie pozwoliła już nikomu odebrać sobie dzieci. Znalazła w sobie siłę, by zawalczyć o siebie, o swoją rodzinę.
Stanęła wtedy do nowej, trudnej sytuacji, już nie powielając schematu. Już nie „służąca” systemowi, ale stojąca w mocy i prawdzie.
Czasem nie wiemy, dlaczego coś się wydarzyło.
Dlaczego coś musiało wyglądać tak, a nie inaczej.
Ale ustawienia systemowe sięgają głębiej niż rozum.
One pokazują, co jest prawdą danej sytuacji. A kiedy ciało usłyszy prawdę – puszcza napięcie.
I wtedy czujemy.
Czujemy ulgę.
Czujemy lekkość.
Czujemy miłość – tą, która była obecna, choć przykryta warstwami bólu.
Nie każda matka, która oddała swoje dziecko, zrobiła to z braku miłości.
Czasem zrobiła to właśnie dlatego, że kochała najbardziej jak umiała.
Z miłości – oddała, by dziecko mogło być już wolne do swojego życia.
…
W polskiej kulturze kobiety bardzo często niosły — i nadal niosą — głęboko zakorzeniony wzorzec oczekiwania posłuszeństwa od swoich córek. Córki były (i bywają) wychowywane inaczej niż synowie. Synom się więcej wybaczało, więcej pozwalało, byli bardziej „wolni”. Córka — to inna historia. Od córki się wymaga. Córka ma być grzeczna, posłuszna, odpowiedzialna. Ma „pomagać”, „rozumieć”, „poświęcać się”. W wielu rodzinach to właśnie córki stają się opiekunkami emocjonalnymi swoich matek – to one próbują załatać rany i udźwignąć ciężary, które nie należą do nich.
To dziedzictwo — nieuświadomione, pokoleniowe — bywa bardzo ciężkie. Kobiety, często przeciążone ponad siły, szukają ukojenia w tym, co znają – a więc w przekazanym dalej wzorcu relacji. Miłości, której same nie zaznały w sposób świadomy i bezpieczny, szukają w tym, co znajome: w zależności, w lojalności, w „byciu potrzebną”.
…
Żyjemy w czasach, kiedy można wiele uzdrowić. Z szacunkiem kłaniam się każdej historii, która odsłania się podczas mojej pracy.
